Serwisy pozycjonera

Podobnie i drzewa w Horstowym sadzie w największą wichurę tylko szumiały spokojnie i melodyjnie - ich mowę też podchwytywał i zagłuszał huczący głos lasu, przed którym nie było ucieczki, bo przenikał aż do domu Horsta Soboty, a potem wydał fałszywe świadectwo przeciw Sobocie, ponieważ las od dawna sięgał niewidzialną ręką po dom i sad starego Horsta. W tej chwili był skłonny niemal uwierzyć Wzdrędze, że strażnik łowiecki nie zniknął tak naprawdę, zmienił jedynie postać i nocami w skórze wilka gna bezszelestnie po ścieżkach i drożynach wielkiego lasu.

Opowiadano, że Budrys i Karaś późną nocą, gdy dom Horsta był pogrążony w śnie głębokim, chcieli się przez okno dostać do pokoju, gdzie mieszkał nie tak dawno człowiek o nazwisku Józef Maryn, aby zabrać pozostawione być może przez niego jakieś straszne fotografie. Przeskoczyli płot, zakradli się pod okno, kiedy raptem z ciemności nocnych wyskoczył dziki wilk. W zupełnym milczeniu, jak to zwykły czynić dzikie zwierzęta, rzucił się Budrysowi do gardła. Uszedł Budrys z życiem i uszedł z żydem Karaś, ale z poszarpaną odzieą i poranionymi ramionami.

To był pies Ivo" - powiedział do Wzdręgi leśniczy Stęborek.

Kiwnął głową Wzdręga, że się zgadza z taką oceną wydarzenia, obydwaj jednak, tak dla siebie i na swój użytek, pomyśleli, że jeśli nawet to był tylko pies wytresowany do pilnowania sadu przed leśnymi ludźmi, to przecież ten, co go tresował, mógł mu przekazać coś z siebie. Czyli on sam zniknął gdzieś tajemniczo, jak się w nim pojawił, pozostawiając w stajni Soboty swoją izabelowatą klacz, siodło i pejcz. Nie odżyła jednak w Stęborku nadzieja, że znowu jakimś złym sposobem, fałszywym świadectwem lub podstępem zdoła zagarnąć dom i sad starego Horsta.

Ale zjawił się ten dziwny człowiek na koniu, człowiek z zimnymi oczami, człowiek-wilk, jak go nazywali robotnicy leśni, i dał świadectwo przeciw bliźnieniu. Zło, jakie czynił dla lasu, obracało się przeciw Stęborkowi. Oto teraz ów tartak przez cały dzień pracował obok domu Stęborka, ostrze traka cięło ogromne dłużyce, wydobywając z nich przenikliwy aż do bólu pod czaszką głos udręczonego drewna. Bała się tego pisku Malwina i przez całe dnie przesiadywała w kuchni, gdzie zgrzyt słyszało się najsłabiej.

Na podwórko leśniczówki wiatr niósł lekki pył trocin, pokrywał nim szyby w domu, źdźbła trawy, osiadał na wargach, gdy się stało na ganku przed domem.

powered by Drupal - template FlorAll